Data publikacji: 25.06.2026
W ostatnich dniach pokazujemy Wam nasze nowe woliery, które powstają dzięki naszej pracy, ale również dzięki ogromnemu wsparciu naszych darczyńców. Cieszymy się z każdego kolejnego etapu i z tego, że wspólnie możemy tworzyć coraz lepsze warunki dla naszych podopiecznych.
Ale równolegle toczy się druga historia. Taka, której nie widać na zdjęciach ani w codziennych relacjach.
W Fundacji Przytul Kota są podopieczni, którzy będą częścią Fundacji do końca swoich dni.
To koty hospicyjne – przewlekle chore, ciężko chore, często z nieodwracalnymi zmianami. Koty, których nie da się już wyleczyć. Wiemy, że ich domem pozostanie nasza fundacja i świadomie podjęliśmy decyzję, że będziemy im towarzyszyć w chorobie tak długo, jak tylko będzie to możliwe.
Dla wielu osób ratowanie zwierząt kojarzy się z leczeniem, a później z adopcją. Chcielibyśmy, żeby tak było zawsze. Niestety rzeczywistość wygląda inaczej.
Są koty, które wymagają stałej opieki weterynaryjnej, regularnych badań, specjalistycznej karmy, leków i nieustannej obserwacji. Są takie, które z dnia na dzień czują się lepiej, by za chwilę ich stan ponownie się pogorszył. Są też takie, które po prostu gasną na naszych oczach.
Każdego dnia robimy wszystko, aby ich życie było jak najlepsze. Dbamy o to, żeby nie cierpiały, żeby miały spokój, ciepłe miejsce do odpoczynku, pełne miseczki i przede wszystkim ludzi, którzy będą przy nich wtedy, gdy najbardziej tego potrzebują. Bo czasem nie możemy już podarować im zdrowia, ale możemy podarować im godność, bezpieczeństwo i miłość.
To jednak ma swoją cenę.
Nie tylko finansową.
Praca z kotami hospicyjnymi jest ogromnym obciążeniem psychicznym. Każdy z nas przywiązuje się do tych zwierząt. Cieszymy się z każdego lepszego wyniku badań, z każdego dnia bez bólu, z każdej chwili, kiedy kot znowu ma apetyt albo przychodzi po głaskanie.
A potem przychodzi dzień, którego zawsze się boimy.
Dzień, w którym mimo całego zaangażowania, konsultacji, leczenia i nadziei musimy zaakceptować, że medycyna ma swoje granice. Że czasem największym aktem miłości jest pozwolić odejść bez cierpienia.
Takie pożegnania zostają z nami na długo. Każde z nich przeżywamy. Każde boli. Choć z zewnątrz może się wydawać, że z czasem można się do tego przyzwyczaić, prawda jest zupełnie inna. Do odchodzenia nigdy nie da się przywyknąć. Można jedynie nauczyć się dalej pomagać kolejnym potrzebującym kotom, mimo że serce jest trochę cięższe niż wcześniej.
Pisząc ten post, chcemy również być z Wami szczerzy. W ostatnim czasie pokazujemy Wam wiele radosnych chwil z życia fundacji, cieszymy się z każdej pomocy, jaką otrzymują nasi podopieczni i z każdego wspólnego sukcesu. Jednak równolegle toczy się historia, której często nie widać.
Właśnie teraz niektóre z naszych hospicyjnych kotów przechodzą bardzo trudny czas. Ich stan się pogorszył i każdego dnia robimy wszystko, co w naszej mocy, aby im pomóc. Nie wiemy jeszcze, jak zakończą się ich historie. Mamy nadzieję, że uda nam się wygrać kolejne dni, tygodnie, a może nawet miesiące. Wiemy jednak, że nie na wszystko mamy wpływ.
Dlatego chcieliśmy opowiedzieć Wam o tej mniej widocznej stronie działalności fundacji. O codzienności, w której obok radości z uratowanych istnień jest również lęk, bezsilność i pożegnania. O kotach, które zostaną z nami do końca swojego życia i dla których chcemy być najlepszym domem, jaki możemy stworzyć.
Takie koty potrzebują stałej opieki, leczenia, badań, leków, specjalistycznej karmy i odpowiednich warunków. To wszystko generuje ogromne koszty, ale przede wszystkim daje im szansę na spokojne, godne życie bez bólu i samotności.
Jeśli zdecydujecie się dołożyć swoją cegiełkę do naszej zbiórki na Mruczarnię, pomożecie nam utrzymać dom naszych hospicyjnych podopiecznych. To właśnie tutaj spędzają swoje życie, otoczone opieką, ciepłem i miłością. Wierzymy, że gdyby mogły, każde z nich zamruczałoby Wam dziś ciche „dziękuję”. ❤️
https://pomagam.pl/mru-czerwiec26






